11. LILY: Jeszcze nie wszystko stracone

Czas zatrzymał się w miejscu. Nie czuła już ani bólu, ani strachu. Tylko żal i pustkę.

To moja wina. Przeze mnie zginął. Gdybym odleciała od razu nie musiałby celować w tamtego mężczyznę. Mógłby bronić siebie. Uchylić się. Zaatakować. Zrobić cokolwiek. Dlaczego mnie ratował? Dlaczego?!

To moja wina. Gdybym drugi raz nie wsiadła na miotłę, może pomogłabym mu w walce. Kiedy zdecydowałam się tam zostać, powinnam była zrobić wszystko, co w mojej mocy, żebyśmy uciekli stamtąd wszyscy. Chciałam ratować własny tyłek. Dlaczego jestem takim tchórzem?

To jak powinnam teraz leżeć na tym chodniku. Na nic się w tej wojnie nie przydam. Nie zrobię nic dobrego. Jestem za słaba. On mógłby pomóc pokonać Voldemorta. Świetnie walczył. Ale teraz już nie żyje i to jest tylko i wyłącznie moja wina.

Jak ja spojrzę w oczy Marlenie? Jak mam jej powiedzieć, że jej ojciec zginął przeze mnie? Ona mnie znienawidzi. Ale nie mogę mieć do niej o to żalu. Zasłużyłam.

Spazmatyczny szloch wstrząsał co chwilę drobnym ciałem Lily. Ktoś posadził ją na twardym krześle w kuchni.

- Dlaczego tak długo?

- Leci za wami ktoś jeszcze?

- Gdzie reszta?

- Co tam się stało?

Członkowie Zakonu przekrzykiwali się pytaniami.

- Stamtąd już nikt nie wróci – usłyszała zmęczony głos Syriusza Blacka. – Max nie żyje. Jack i Louis zostali złapani.

Z czyjegoś gardła wydarł się głośny jęk, a szloch kilku kobiet wypełnił pomieszczenie. Do stołu podszedł Frank. Oparł się o niego ciężko i spuścił głowę.

- Jak to możliwe? – spytał łamiącym się głosem. – Kiedy zawołałem odwrót, wszyscy siedzieli na miotłach!

Black już otwierał usta, żeby coś odpowiedzieć, ale pierwsza odezwała się Lily.

- To… to moja wina. Zostałam, bo chciałam im pomóc… ja… on zginął przeze mnie. Zamiast walczyć ze swoim przeciwnikiem, pokonał mojego, żebym mogła uciec… i wtedy…

- CO?! CO TY POWIEDZIAŁAŚ? – wrzasnął Frank. Cały trząsł się z wściekłości. – ZARZĄDZIŁEM ODWRÓT! WIESZ, CO WTEDY TRZEBA BYŁO ZROBIĆ? WSIĄŚĆ NA SWOJĄ PIERDOLONĄ MIOTŁĘ I LECIEĆ ZA MNĄ!!! NIE ROZUMIESZ, KURWA, PROSTEJ KOMENDY?! PRZEZ CIEBIE MAX NIE ŻYJE, A MÓJ OJCIEC JEST W RĘKACH ŚMIERCIOŻERCÓW!!!

Lily słuchała i dławiła się łzami. Podniosła na chwilę zrozpaczony wzrok, ale gdy napotkała zbolałe spojrzenie Marleny, poczuła się tysiąc razy gorzej, chociaż przed chwilą myślała, że to nie jest możliwe.

- NIE ZROZUMIAŁAŚ MNIE, IDIOTKO? MAX ZGINĄŁ PRZEZ TWOJĄ GŁUPOTĘ! CO TY SOBIE W OGÓLE MYŚLAŁAŚ? ŻE BĘDZIESZ ICH W STANIE URATOWAĆ? POJEBAŁO CIĘ? TY MYŚLISZ, ŻE TO JEST, KURWA, ZABAWA? GDYBY NIE TY, TO MOŻE WSZYSCY BYLIBYŚMY TERAZ BEZPIECZNI!

- Franky, wystarczy – do wrzeszczącego dowódcy podszedł James i położył mu rękę na ramieniu.

- PATRZ NA MNIE, KURWA!!!

- Dość! – Potter szarpnął Longbottoma za ramię i zmusił do popatrzenia sobie w oczy. – Idź do matki.

Frank wyrwał się z uścisku i szybkim krokiem wyszedł z pomieszczenia. Lily schowała twarz w dłoniach.

Przepraszam… tak bardzo przepraszam…

***

Tępy ból promieniował od miejsca pęknięcia w czaszce na wszystkie możliwe strony. Był tak ogromny, że chwilami obraz przed oczami stawał się zupełnie ciemny. Nudności ani trochę nie zelżały, nasilane cały czas przez metaliczny posmak krwi w ustach. Dźwięki zlewały się w jedną całość, potęgując nieprzyjemne doznania. Wszystkie głosy, kształty i barwy wydawały się odległe, zamazane i przytłumione. Tylko głośny szloch Marleny Johnson wdzierał się okrutnie do świadomości Lily i nie pozwalał na utratę przytomności, która z pewnością przyniosłaby ulgę.

Jedyne, co zdawało się mieć teraz znaczenie, to wyznanie dziewczyny. Szok, jaki wywołało, dalej malował się na twarzach wszystkich zebranych. Chociaż Evans zdawała sobie sprawę z tego, jak to się skończy i jaka będzie reakcja członków Zakonu, musiała to powiedzieć głośno. Przyznać się. Nie mogłaby żyć ze świadomością, że Marlena nie zna prawdy. Teraz wiedzą już wszyscy, że to ona zawiniła. Tak. Przyczyniła się do śmierci Maxa Johnsona. Może nie podniosła na niego różdżki i nie wypowiedziała formuły morderczego zaklęcia, ale gdyby nie jej błąd, nie doszło by do tego. Wiedziała to na pewno.

Ojciec Marleny był naprawdę fantastycznym facetem. Każdy to wiedział, choć Max rzadko bywał w Kwaterze. Zdarzało się to najczęściej wtedy, kiedy odwiedzał swoją córkę lub odbierał rozkazy od dowództwa. Raz, czy dwa wpadł w odwiedziny do Charlesa i Dorei. Lily nie znała go zbyt dobrze, ale wystarczająco, by stwierdzić, że był człowiekiem zawsze uśmiechniętym, z nieprzeciętnym poczuciem humoru. Niejedna osoba zwykła żartować, że gdyby urodził się dwadzieścia lat później, to na pewno byłby piątym Huncwotem. Ale to nie wszystko. Był też pomocny, życzliwy i odpowiedzialny. Przypominał rudowłosej jej własnego ojca, Johna, za którym tak bardzo tęskniła.

Ale już go nie ma. Zginął przeze mnie.

Lampa naftowa zaczynała dogasać. Nikt jednak nie zwracał na to uwagi. Strach i rozpacz wypełniały serca bliskich Maxa, Jacka i Louisa. Wzmagały świadomość miłości i przyjaźni, którymi byli darzeni przez obecnych, krusząc jednocześnie ich wiarę w szczęśliwe jutro i nadzieję na ponowne spotkanie.

Kiedy Frank Longbottom przestał krzyczeć, a głosowanie zdecydowało o wykluczeniu Syriusza Blacka poza krąg podejrzanych o zdradę Zakonu, zebrani zaczęli powoli opuszczać kuchnię. Podświadomie Lily czuła, że nie chcą przebywać z nią w jednym pomieszczeniu. Najpierw Remus wyprowadził do salonu Marlenę, a następnie wyszły Martha i Nicole z synami. Za nimi podążyli niemal wszyscy. Został tylko James. Przez kilka sekund stał naprzeciwko, opierając się oburącz o krawędź dębowego stołu. Miał mocno zaciśniętą szczękę i ściągnięte brwi. Podniósł na chwilę wzrok. Ich spojrzenia skrzyżowały się. Dziewczynie wydawało się, że w jego czekoladowych oczach oprócz smutku dostrzegła też współczucie i troskę. Ale tylko przez ułamek sekundy. Chyba chciał coś powiedzieć. Ostatecznie jednak odwrócił się i szybkim krokiem opuścił kuchnię.

Lily została sama. Siedziała na twardym, drewnianym krześle i wpatrywała się tępo w igrające na ścianie cienie. Po jej bladych policzkach spływały łzy. Spadały potem na stół, tworząc na jasnym obrusie coraz większą, mokrą plamę. Ale z każdą chwilą toczyły się coraz wolniej, aż po kilku minutach wyschły zupełnie. Z sąsiedniego pomieszczenia dobiegały zgłuszone fragmenty cichych rozmów i płacz kobiet. Lily nie rozróżniała z nich ani słowa, ale nie przeszkadzało jej to. Chciała być teraz sama.

Wtem na podwórku rozległ się metaliczny szczęk klamki furtki i ciężkie kroki dwóch par stóp na schodkach. Evans zerwała się z miejsca.

Może to Louis i Jack. Może jakoś udało im się uciec!

Najszybciej z salonu wypadł Artur Weasley. Przebiegł przez korytarz, wycelował różdżką w drzwi frontowe i otworzył je na oścież.

- Merlinie…

Najpierw do przedpokoju wszedł tyłem Rufus Scrimgeour, a zaraz za nim Kingsley Shacklebolt. Chyba coś nieśli, ale dziewczyna nie widziała co, bo wszystko zasłaniał jej idący obok nich Artur. Aurorzy przeszli niezdarnie przez drzwi do salonu i położyli to coś na szerokiej sofie. Lily wybiegła z kuchni i przystanęła. Na moment ucichły wszystkie rozmowy i głośny szloch Marthy Longbottom. Rudowłosa zobaczyła Doreę Potter, wyprostowaną i bladą jak marmurowy posąg. Kobieta stała nieruchomo. Zbolałe spojrzenie utkwiła w orzechowych tęczówkach swojego syna. Syriusz Black, szepcząc coś uprzednio Mary na ucho, pospiesznie i bezszelestnie opuszczał pokój. Ludzie bez patrzenia na siebie nawzajem i bez słów chwytali się za ręce, chcąc okazać innym choć trochę wsparcia. Lily chciała zawrócić, kiedy tylko zaczęła się domyślać, co Aurorzy mogli położyć na sofie. Chciała usiąść ponownie na twardym, dębowym krześle i wpatrywać się bezmyślnie w tańczący płomień dogasającej lampy naftowej. Podążyła jednak za nimi. Pchała ją nieznana siła, zmuszając do stawiania kolejnych, sztywnych i nieskoordynowanych kroków naprzód. Stanęła za Strugisem Podmorem i wychyliła się lekko zza jego pleców.

Wtedy wszystko zamarło. Czas się zatrzymał. Nawet wiekowy zegar wahadłowy nie wybił pełnej godziny, chociaż powinien to zrobić kilka sekund wcześniej. Marlena, schowana do tej pory w ramionach Remusa, oderwała twarz od jego koszuli i zwróciła wzrok w stronę kanapy. Przez chwilę nie mogła się poruszyć, ani wydobyć z siebie głosu. W końcu padła na kolana i przytuliła się do zimnego, zakrwawionego ciała swojego ojca. Z jej gardła wydobył się żałosny jęk, który po kilku sekundach przerodził się w ciągłe zawodzenie. Remus od razu uklęknął koło niej i chwytając ją za rękę, szeptał jej coś do ucha.

Przerażenie cofnęło Lily kilka kroków w tył. Uderzyła plecami o ścianę i osunęła się na podłogę wedle niej. Znów miała ściśnięte gardło do tego stopnia, że niemal nie mogła złapać tchu. Po jej policzkach ponownie potoczyły się dwa szerokie strumienie łez.

To moja wina. Zginął przeze mnie.

Ta jedna myśl pojawiała się bezwiednie i nieustannie w jej głowie, niczym fragment piosenki Celestyny Warbeck z zawsze zacinającej się płyty.

To moja wina.

- Evans!

Zginął przeze mnie.

- Evans! – nad jej głową ponownie rozbrzmiał cichy, aczkolwiek natarczywy szept. – Wstawaj. Chodźmy stąd. Nie musisz na to patrzeć.

Lily podniosła nieprzytomny wzrok. Emmelina Vance, krótkowłosa, szczupła brunetka, która raczej z nikim nie utrzymywała zbyt zażyłych relacji przyjacielskich, przykucnęła przed nią i wyciągnęła do niej dłoń.

- To moja wina… – wyjęczała rudowłosa przez łzy.

- Tak, już wszyscy to wiedzą – mruknęła zniecierpliwiona Vance. – Nie musisz tego powtarzać. A teraz bądź cicho i chodź!

Emmelina podniosła za ręce Lily z podłogi i po części wyprowadziła, a po części wyciągnęła ją z salonu. Poszły schodami na pierwsze piętro, nie zamieniając już ze sobą ani jednego słowa. Dziewczyna otworzyła przed Evans drzwi od łazienki i zaklęciem przywołała z szafki czysty ręcznik.

- Wykąp się i idź spać. Może sen sprawi, że jutro poczujesz się odrobinę lepiej – powiedziała, chociaż jej mina mówiła coś wręcz przeciwnego. – Masz coś na przebranie?

Lily kiwnęła głową nieznacznie, wskazując palcem na przewieszoną przez ramię małą torebkę. Znów jednak świat wokół zawirował i ugięły się pod nią nogi.

- Weź się w garść, Evans. To nie koniec świata. W każdej bitwie umierają ludzie, a my jesteśmy żołnierzami i stoczymy ich jeszcze wiele przed końcem wojny. Nie możesz za każdym razem wracać w takim stanie, bo będziesz kompletnie bezużyteczna. Po prostu przywyknij.

Emmelina obróciła się na pięcie i wyszła z łazienki. Jeszcze przez chwilę słychać było jej lekkie kroki rozchodzące się po pogrążonym w idealnej ciszy domu.

Lily powoli ściągnęła z siebie ubrania, chociaż nie szło jej to sprawnie. Skostniałe z zimna palce odmawiały posłuszeństwa. Kiedy już uporała się ze wszystkimi guzikami i zamkami błyskawicznymi, stanęła naga przed wielkim lustrem. Zobaczyła w nim obraz nędzy i rozpaczy. Wszystko, od mocno kontrastujących z bladą skórą zaczerwienionych oczu i rozczochranych włosów, poprzez rozciętą i napuchniętą wargę oraz ogromnego fioletowego siniaka na pół twarzy, aż do zakrzepłej strugi krwi, rozpoczynającej się we włosach, a kończącej na dekolcie sprawiało, że nie mogła rozpoznać siebie we własnym odbiciu. Do jej oczu po raz kolejny napłynęły łzy. Szybko odwróciła się i weszła pod prysznic. Odkręciła kurek i ustawiła najgorętszą wodę, jaką tylko mogła wytrzymać. Początkowo skóra zapiekła i zabolała. Parzące strugi spływały po jej chudym ciele, spłukując z niej cały brud. Po chwili woda wokół jej stóp zabarwiła się na ciemną czerwień.

To moja wina. Zginął przeze mnie. Jego krew na moich rękach.

***

Drzwi od sypialni dziewcząt były zamknięte. Lily stanęła przed nimi i położyła rękę na klamce. Nie sądziła, że w tym momencie może spotkać tam którąkolwiek ze współlokatorek, ale mimo chęci nie mogła tej klamki po prostu nacisnąć. Wchodząc tam, narzucałaby przyjaciółkom, a w szczególności Marlenie swoje towarzystwo. Jeżeli po dzisiejszej nocy one w ogóle będą chciały dalej mieć z nią cokolwiek wspólnego. Nie oczekiwała tego, chociaż w głębi duszy miała nadzieję, że nie odwrócą się od niej całkowicie, że może jeszcze nie wszystko stracone. Postanowiła jednak spędzić noc w miejscu, którego nikt nie odwiedzi przynajmniej przez kilka kolejnych dni. W Lochach.

Najszybciej i najciszej jak umiała zeszła schodami na sam dół. Kiedy mijała parter, dobiegły ją ożywione, jakby nazbyt podniecone głosy. Nie zastanawiała się jednak nad tym. Otworzyła skrzypiące drzwi pracowni. W pomieszczeniu było kompletnie ciemno i zimno.

- Lumos.

Każdy jej krok wgłąb sali odbijał się echem od długiej ściany z przeszklonymi szafkami, w której trzymano naczynia i przybory do warzenia eliksirów. Pachniało jeszcze sokiem z łodyg Asfodelusa, którego próbowała kroić tego ranka. Wydawało się jej, jakby to było lata temu. Ranek, kiedy wszyscy byli szczęśliwi, roześmiani i zrelaksowani. Kiedy Max, Jack i Louis siedzieli z żonami w salonie i w towarzystwie Charlesa i Dorei raczyli się najlepszą nalewką w południowej Anglii. Kiedy przekonywali ją, że nadchodząca misja będzie najłatwiejszą, na jakiej byli.

Głowa nadal pulsowała bólem. Lily wiedziała, że to dziecinne i niepoważne zachowanie, ale postanowiła, że nie weźmie żadnego eliksiru leczącego na swoje rany. Chciała, by ból przypominał jej o jej winie oraz cenie i odpowiedzialności za popełnione błędy. Przeszywającego zimna nie mogła jednak znieść. Niemal po omacku znalazła kilka świeczek i ustawiła je dookoła swojego ulubionego miejsca pracy. Dotknęła po kolei opuszkiem palca krótkich knotów, a każdy z nich zapłonął jasnym blaskiem. Podobnie uczyniła z palnikiem, z którego uprzednio ściągnęła wiekowy kociołek i w końcu poczuła na dłoniach odrobinę ciepła. Usiadła na swoim taboreciku i oparła głowę na rękach. Pomimo całego poczucia winy oraz bólu psychicznego i fizycznego, odczuwała też ogromne zmęczenie.

Przed zaśnięciem myślała o swoich przyjaciółkach. O tym, czy straciła je na zawsze. Czy Marlena kiedykolwiek jej wybaczy i co ona, Lily, powinna teraz jej powiedzieć. Przeprosić? Zwykłe słowa byłyby tak puste i bez znaczenia, że ich wydźwięk napawał rudowłosą wręcz odrazą. Jak można przepraszać przyjaciółkę za przyczynienie się do zamordowania jej ojca? Jak można jej patrzeć w oczy? Może powinna wynieść się teraz z pokoju i zamieszkać w starej sypialni Molly Weasley na pierwszym piętrze. Rozważała chwilę tą opcję i ta wcale nie wydawała jej się pozbawioną sensu.

Myślała również o Jamesie Potterze. Zastanawiała się, czy udało mu się wykonać jego część misji i czy Edward Nott siedzi właśnie w piwnicy, tak blisko pracowni w której teraz przebywała. O tym, co chciał jej powiedzieć wtedy, w kuchni i dlaczego w końcu się rozmyślił. I czy mogła mieć nadzieję, że jeszcze kiedyś spojrzy na nią tak jak wtedy, gdy po kilkutygodniowej wspólnej rehabilitacji jego rannej nogi pierwszy raz przeszedł kilka kroków bez laski, a później w dzień powrotu do zdrowia Remusa, gdy wirowali w tańcu i śpiewali razem z Celestyną, nieświadomi wszystkiego wokół. Wtedy szepcząc jej do ucha, musnął wargami jej skroń. Lily poczuła, jak nawet teraz, po miesiącu od tamtej chwili przyspiesza jej serce i oddech. Skarciła się w duchu za tak niedorzeczne w obecnych okolicznościach rozmarzanie się.

Przypomniała sobie też, że pośród obecnych w salonie ludzi nie dostrzegła Dorcas. To w sumie nie musiało oznaczać nic złego, bo Meadowes była chyba najniższa ze wszystkich członków Zakonu i łatwo mogła zniknąć w zatłoczonym przez wysokich, barczystych mężczyzn pomieszczeniu. Niemniej jednak Lily zaczęła się bardzo martwić o przyjaciółkę, bo ta miała razem z Jamesem dolecieć jako pierwsza. Evans była pewna ponadprzeciętnych, jak na ich wiek umiejętności, zimnej krwi oraz doświadczenia czarnowłosej w walce, ale nie potrafiła wyzbyć się teraz ukłucia niepewności i obawy. Było to dosyć egoistyczne, bo bała się nie tylko o zdrowie i życie przyjaciółki, ale też o to, że gdyby jej się coś stało, to mogłaby zostać sama. Zuchwałym również było stwierdzenie, że nawet jeśli Marlena, Alicja, Ann, Mary, James, a nawet jej ukochany Remus oświadczą, że nie chcą jej od tej pory znać, to Dorcas jako jedyna tak nie powie. Lily nie wiedziała dlaczego, bo Meadowes była bardzo powściągliwa w wyrażaniu uczuć na głos, ale wierzyła całym sercem, że Dorcas jej nie zostawi. Nigdy.

Zanim rudowłosa zasnęła, zdążyły wypalić się wszystkie świeczki.

***

Lily obudziła się, kiedy w Lochach zrobiło się już całkiem jasno. Musiało więc być porządnie po dziewiątej rano, bo dopiero wtedy słońce ukazywało się nad wysokim drzewem oraz dachem domku Macdonaldów i zaglądało do pracowni przez dwa malutkie okienka. Świeczki kompletnie się wypaliły, a roztopiony wosk wylał się z podstawek i zastygł, tworząc na drewnianym blacie fantazyjne kształty. Nie było zimno, chociaż palnik już wyłączono. Dziewczyna nie przypominała sobie, by zrobiła to przed zaśnięciem. Spróbowała się poruszyć. W jednej chwili zaczęły ją boleć dosłownie wszystkie kości i mięśnie, poobijane po wczorajszej misji i zesztywniałe po przespaniu połowy nocy na taborecie.

- Cześć, Lily.

Rudowłosa poskoczyła ze strachu. Nie spodziewała się tu towarzystwa. Podniosła głowę ze stołu i wyprostowała się. Przetarła oczy piąstkami i po chwili ujrzała przed sobą Jamesa. Chłopak siedział po drugiej stronie stołu i uśmiechał się delikatnie.

To pewnie on wyłączył palnik i okrył mnie tym kocem…

- Nie było cię na śniadaniu. Przyniosłem ci kanapkę – mówiąc to przesunął w jej stronę mały talerzyk. – Coś mi się kojarzyło, że nie lubisz wędlin i sera, to zrobiłem ci z masłem orzechowym. Masło orzechowe lubią wszyscy.

Lily wybałuszyła oczy ze zdziwienia. Nie spodziewała się, że ktokolwiek będzie chciał teraz z nią rozmawiać, a martwienie się, czy aby na pewno zjadła śniadanie, w jej mniemaniu zdecydowanie przekraczało już granicę między tym, co możliwe, a tym, co kompletnie abstrakcyjne.

Może jeszcze nie wszystko stracone. Może jeszcze mam przyjaciół.

- Dziękuję… – bąknęła.

- Nie ma sprawy.

Zaległa niezręczna cisza. Lily kompletnie nie wiedziała, o czym mogłaby teraz z Jamesem porozmawiać, więc czekała, aż on odezwie się pierwszy. Potter rozglądał się ciekawie po całym pomieszczeniu, jakby był tu pierwszy raz w życiu, ale znudził się tą czynnością po kilku minutach.

- Lily, może chciałabyś pójść już do pokoju? – spytał w końcu. – Wyśpisz się w miękkim łóżku. Nie będziesz się trzęsła z zimna. Odprowadzę cię.

- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł – wyszeptała w odpowiedzi.

- Jestem pewny, że dziewczyny nie mają nic przeciwko.

- Nie chcę! – jęknęła Evans, a po jej policzku znowu popłynęła łza.

James szybko przysunął bliżej swój taboret i delikatnie chwycił dłoń Lily. Dziewczyna popatrzyła mu głęboko w oczy. Znów dostrzegła w nich tą samą troskę, którą pamiętała z wczorajszego wieczoru.

- Dobrze, nie będę cię więcej namawiał. Wrócisz na górę, kiedy będziesz na to gotowa – oświadczył poważnym tonem. - Przyniosę ci późnej herbatę i coś do czytania, jeśli chcesz.

Lily uśmiechnęła się z wdzięcznością. Chłopak odpowiedział tym samym. Po kilku chwilach położył jej dłoń z powrotem na stole i wstał.

- A jeśli chodzi o wczorajszy wieczór… czasu nie cofniesz, więc…

Słysząc jego słowa, Evans doznała olśnienia. Popatrzyła na niego i uśmiechnęła się jeszcze szerzej niż przed chwilą. Na twarzy Jamesa malowało się kompletne niezrozumienie.

- Jesteś genialny – szepnęła i ruszyła biegiem w stronę drzwi.

- Lily? Co się stało? – usłyszała jeszcze za sobą jego głos, gdy pędem pokonywała kolejne schody.

Że też sama na to nie wpadłam! Czas można cofnąć! Zmienić bieg wydarzeń! Wystarczy mieć odpowiedni sprzęt, Zmieniacz Czasu! A tak się szczęśliwie składa, że jeden z siedmiu istniejących na świecie aktualnie znajduje się na dnie mojej szufladki w szafce nocnej! Jeszcze nie wszystko stracone! Max może żyć, a Louis i Jack wrócą do żon i synów! Wystarczy, że przed rozpoczęciem akcji przekonam kogoś do tego, żeby w ogóle jej nie rozpoczynać! Jeszcze mogę wszystko naprawić! 

  6 comments for “11. LILY: Jeszcze nie wszystko stracone

  1. ~Abigail
    25 lipca 2017 o 13:24

    Aaa! Nareszcie troszkę Jily! ❤

    Wiedzę, że zmieniłyście kolejność rozdziałów. Z mojej strony nie ma problemu jeżeli muszę trochę dłużej poczekać na rozdział. Wolę poczekać dłużej niż żebyście miały wstawiać notkę, która wam się nie podoba. Na prawdę fajnie, że nie zapominacie informować o obsuwie, bo przynajmniej wiadomo co się dzieje.

    Co do rozdziału to może jest krótszy niż poprzednie, ale cieszę się, że pojawia się relacja Lily-James. Strasznie mi było żal rudowłosej i wcale jej się nie dziwię, że bała się wrócić do pokoju. Podobał mi się James w roli trochę opiekuna i pocieszyciela. Wydawał się znacznie doroślejszy niż do tej pory, a w końcu jest starszy. Przestaraszył mnie pomysł z użycie zmieniacza czasu. Jak już wcześniej w komentarzu Furia zgodnie z prawdą stwierdziła, że to nie zabawka. Lily działała pod wpływem dużych emocji i w tym momencie pomysł ze zmienianiem przeszłości mógł wydawać się najlepszy a niekoniecznie taki musi być. Ale zobaczymy dalej potoczy się sytuacja. Cierpliwie czekam na kolejny rozdział :D

    A i prawie zapomniałam. Lily jak już chce użyć zmieniacza to musi najpierw go znaleźć, bo teraz ma go Dorcas :D

    • ~Drama
      25 lipca 2017 o 15:21

      Bardzo dziękuję za komentarz! W kolejnych rozdziałach Lily również można spodziewać się obecności Jamesa, może nawet wykroczy on poza rolę opiekuna i pocieszyciela ;) A jeśli chodzi o Zmieniacz Czasu, to rzeczywiście – Lily może nieźle nabroić. Ale pamiętajmy również, że jest rozważną i mądrą dziewczyną.

      Cieszymy się, że nasze spóźnienia nie przeszkadzają Ci aż tak bardzo. Staramy się, by notki ukazywały się w terminach, ale teraz planujemy różne wakacyjne wyjazdy i siłą rzeczy mamy mało okazji do pisania. Może powinnyśmy po prostu wyznaczyć bardziej możliwe do zrealizowania daty i najwyżej wrzucać wcześniej. Nic nie obiecuję w kwestii rozdziałów Furii (czyli Jamesa i Dorcas), ale Syriusz powinien pojawić się do końca lipca.

      Serdecznie pozdrawiam ❤

  2. ~I love Sirius Black
    25 lipca 2017 o 22:42

    Fajnie, że trafiłam dziś na notkę! Chociaż spodziewałam się Jamesa… Rozdział nieco smutny, Lily znów się obwinia. Mam nadzieję, że Syriusz w końcu jej powie, że to nie przez nią Max umarł. Myślę, że Marley jej wybaczy, to bardzo mądra i kochającą przyjaciółką. Mi również podoba się James w roli troskiwego przyjaciela. I choć z niecierpliwością czekam na sceny z Dor i Syriuszem w roli głównej, to Jily też chętnie poczytam ❤ martwiłabym się o Dori, ale już w poprzednim rozdziale było, że przeżyła. Czekam szczególnie na kontynuację jej wątku, w końcu skoro jeden z bliźniaków myśli, że to ona, to chyba dowództwo coś z tym zrobi. Mam nadzieję, że szybko przejrzą na oczy i wszystko wróci do normy. Lily naprawdę może dużo zmienić tym cofaniem się w czasie, oby nie ma gorsze. Czekam na kolejne rozdziały!

    • ~Drama
      27 lipca 2017 o 00:00

      Kolejne rozdziały już niedługo! Dziękuję za komentarz i pozdrawiam cieplutko ❤

  3. ~A.
    30 lipca 2017 o 17:37

    Wiadomo jak kocham całym serduszkiem wątek Jily. Nie trzeba, więc się domyślać, że zakochałam się w tej krótkiej scenie James-Lily. Szkoda mi Lily. Nie spodziewa się żadnego wsparcia ze strony przyjaciół, bo boi się, że ich zawiodła. Czuje się winna przez śmierć taty Marleny i nie wie co ze sobą począć. Obawiam się trochę, że przez zmieniacz czasu wynikną tylko same problemy, ale nie do końca wiem jak to będzie. Mam jednak nadzieję, że Lily nie wkopie się w jeszcze większą masakre.
    Jedno nie daje mi spokoju.
    Mianowicie: Co z Dorcas?

    • ~Drama
      1 sierpnia 2017 o 10:29

      Cieszę się bardzo, że podobał Ci się fragment z Jamesem i Lily. W kolejnych rozdziałach możesz się kilku podobnych spodziewać. Lily na razie się obwinia i zamartwia. Ale już niedługo przekona się, że nie straciła przyjaciół. A co do Zmieniacza Czasu, to nic nie zdradzę. Zwyczajnie Furia by mnie udusiła ;) Co z Dorcas, to widać już w rozdziale Jima, a i jej 11-stka jest już w przygotowaniu.

      Pozdrawiam serdecznie ❤

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.