9. DORCAS: Moja kolej

Dziewczyny w pełnym składzie zmierzały właśnie po schodach na szóste piętro, na którym znajdowała się Sala Ściśle Tajnych Spotkań Zakonu Feniksa nr 20. Dorcas wprawdzie przyzwyczaiła się już do totalnie dziwnej numeracji i powalających nazw pomieszczeń. Mimo to nadal nie mogła wytrzymać ze śmiechu w sytuacjach, w których ktoś z reguły poważny, jak na przykład pan Charles Potter, tłumaczy Lupinowi, że ostatnio widział syna idącego w kierunku Komnaty Tajemnic, czyli prywatnej łazienki pani Dorei.

Mary otworzyła właśnie drzwi i Dorcas trochę zachowawczo weszła za nią. Jej wzrok padał po kolei na wiele twarzy osób siedzących na krzesłach. Wszyscy prowadzili luźne pogawędki, śmiali się i żartowali. Meadowes zorientowała się, że przyszło naprawdę sporo ludzi i że większości z nich nie zna. Szybko zajęła miejsce między Marleną a Alicją i usiadła. Kątem oka spojrzała na podekscytowaną Lily i poczuła, że ją również zżera ciekawość, o czym będzie dyskutował Zakon. Kiedy coś ukłuło ją w lewy bok, prawie podskoczyła na krześle.

- Cześć, Czarna! – krzyknął Gideon Prewett, który siadał właśnie w rzędzie tuż za nimi.

- Nie rób mi tak – żachnęła się Meadowes. – Cześć. Dużo ludzi, co?

- Trochę przyszło. Robisz coś wieczorem? – zapytał chłopak, śmiejąc się do niej.

- Przyjdę – odpowiedziała, dobrze wiedząc, co bliźniak ma na myśli.

Odwróciła się w przód i oparła wygodnie. Siedząca obok niej Marley słysząc wymianę zdań skrzywiła się w szyderczym uśmiechu, ale Meadowes postanowiła wspaniałomyślnie nie zwracać na to uwagi.

Już od trzeciego dnia pobytu w Kwaterze Dorcas zauważyła, że dziewczyny bardzo lubią sobie wypominać, która się z kim całowała. Prym w tej dziedzinie wiodła Mary, która po mistrzowsku udawała odruch wymiotny za każdym razem, kiedy przypominała sobie którąś z przyjaciółek całującą się z Jamesem. Na jej nieszczęście zarówno Ann, Marlena, jak i Alicja miały już ten incydent za sobą, a Evans sprawiała wrażenie, jakby wcale się nie obraziła, gdyby miała się z nim całować.

Huncwoci właśnie weszli do sali i zrobili krótką, lecz głośną awanturę o krzesła, które zajęli im Weasleyowie i Emma, a które są ich od zawsze. Zaraz za nimi do  przybyło dowództwo, które reprezentował Alastor Moody. Żołądek Dorcas skręcił się delikatnie, gdyż po ostatniej lekcji oklumencji miała co do Aurora mieszane uczucia. Nadal podziwiała jego geniusz, ale wspomnienie swojej bezsilności i słabości przyprawiało ją o wstręt. Otrząsnęła się z myśli i wbiła wzrok w wielką, kredową tablicę, która nagle wyskoczyła ze ściany i zawisła w powietrzu.

- Witam – warknął Szalonooki, a kącik ust Dorcas uniósł się lekko w górę. – Wszyscy są? W sumie mniejsza o to – rzekł, po czym machnął różdżką, a drzwi trzasnęły z hukiem. – Bez dalszych wstępów. Jest krótka misja do wykonania. Mamy informację, że Edward Nott, którego mam nadzieję wszyscy dobrze znacie, wyprawia imieniny w ten weekend.

- Niech żyje, żyje nam… – zaśpiewał Pettigrew, czym wywołał rechot chłopaków.

- Cisza! – wrzasnął Alastor, wracając do tematu. – Jesteśmy od jakiegoś czasu odcięci od informacji. Nic nie wiemy, a ataki ucichły. Ma to swoje plusy… ale wydaje nam się, że Śmierciożercy coś planują. A my musimy wiedzieć co! – krzyknął.

- Rozumiem, że mamy sprawić, żeby to były ostatnie imieniny pana Notta? – rzucił Fabian Prewett, przeciągając się i zakasając rękawy.

- Nie. Zrobimy inaczej – poinformował wszystkich Moody.

Chwycił kredę w dłoń i podszedł do tablicy. Na czarnej powierzchni powstało nagle kilka bliżej nieokreślonych kształtów. Dorcas zmrużyła oczy, próbując zidentyfikować rysunek, ale nie udało jej się przypisać tego do żadnej z grup figur geometrycznych, które znała.

- To jest plan osiedla, na którym mieszka Nott.

Kilka parsknięć, zamienionych pośpiesznie na ciche chrząknięcia dawało do zrozumienia, że nie tylko Meadowes nie rozpoznała malunku. Moody jednak wydawał się kompletnie niespeszony.

- Wiecie jak nazywa się to osiedle? – spytał, ale nie czekając ani chwili odpowiedział sobie sam. – Nie wiecie! Oczywiście, że nie! A jakby na jakiejś misji sprzątnęli nam całe dowództwo, to zostalibyście odcięci od rzeczywistości!!! – wykrzyczał tonem, przez który nawet Dorcas poczuła ukłucie wyrzutów sumienia, że jest tak nieogarnięta w sprawie adresów Śmierciożerców. – To jest Chelmsford.

- O proszę, Chelmsford! – krzyknął jakiś mężczyzna z ostatniego rzędu.

- Dokładnie Great Baddow. Tuż pod Londynem.

- No, czyli już wiemy kto dostanie dowództwo… – szepnęła do ucha Dorcas Marlena, która ostatnio bardzo narzekała, że nie dostała dowodzenia misji od roku.

Moody odłożył kredę na niewidzialną półkę, i przez chwilę lustrował swoim wielkim okiem wszystkich obecnych. Nagle rozległo się krótkie pukanie do drzwi, po czym uchyliły się one delikatnie.

- Ile razy mam, do kurwy nędzy, powtarzać, żeby się nie spóź… O, Albus… eee… cześć.

Profesor Dumbledore w długiej, purpurowo-butelkowej szacie wszedł powoli do sali, a wśród tłumu rozbrzmiało kilka powitań. Uniósł jednak chudą, poszarzałą dłoń i przymknął oczy, dając do zrozumienia, że nie chce robić zamieszania. Przysiadł się do rzędu Huncwotów. Dorcas patrzyła na niego ukradkiem, mając nadzieję, że jego błękitne oczy nie napotkają jej wzroku. Czarodziej jednak pogładził się lekko po długiej, ale już nie lśniącej brodzie i spojrzał na Alastora, dając mu znak, by kontynuował. Uwagę Meadowes zwróciły o wiele większe niż ostatnio cienie pod oczami starca, ale chwilę później odwróciła głowę. Dumbledore zniknął w ostatnim czasie na miesiąc i nie wrócił nawet na rozpoczęcie roku szkolnego. Jego obowiązki przejęła wtedy rzekomo nauczycielka transmutacji, którą wszystkie dziewczyny, a zwłaszcza Mary, wspominały z Hogwartu nienajlepiej.

- Porywamy Notta – oznajmił Moody.

Ta informacja wbiła Dorcas w krzesło. Bracia Prewett zaczęli się śmiać, James klasnął dwa razy w dłonie, a Syriusz uśmiechnął się delikatnie. Działania Zakonu zaskakiwały Meadowes. Nigdy w życiu nie spodziewałaby się takiej misji w tym środowisku. Uprowadzenia były raczej konikiem Śmierciożerców, a Zakon Feniksa miał bronić przed nimi bezbronnych ludzi.

Oko za oko, ząb za ząb. Podoba mi się ten pomysł!

- Zakradniemy się do jego miasta w sobotę po południu, kiedy będzie wyprawiał imieniny. Zaprosił na nie Lucjusza Malfoya z żoną, czyli najprawdopodobniej wyjdzie wtedy przed dom. A wtedy my chwytamy go za ręce i powolutku odlatujemy do Kwatery, jak gdyby nigdy nic! – oznajmił Alastor, zupełnie jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. – Jest jednak pewna… komplikacja. Otóż Ministerstwo rzuciło na Londyn zaklęcie antyteleportacyjne – rzekł skwaszony, a z ust paru osób dało się słyszeć odgłosy niezadowolenia.

- Na czym one polegają? – zapytał nagle żywo zainteresowany Caradoc Dearborn.

Meadowes zaśmiała się w duchu, domyślając się, dlaczego mężczyzna zabrzmiał tak niespokojnie. Z tego co o nim słyszała, wnioskować by można, że dotychczasowe kradzieże małe i duże uchodziły mu płazem. Cóż, nietrudno uciec całej mugolskiej policji, kiedy się można teleportować.

- To jest taki trochę Namiar, ciążący na każdym, kto teleportuje się na terenie Londynu – odezwał się czarnoskóry Auror, Kingsley Shacklebolt. – Oczywiście są wyjątki. Pracownicy Ministerstwa, członkowie szlachetnych rodów, generalnie Śmierciożercy. Charles, Rufus i ja na szczęście też się do nich zaliczamy. Dostajemy jednak natychmiast informację, kiedy ktoś się deportuje. I dokąd. Parę nazwisk mamy też oznaczonych jako „Niepożądani”. Na szczycie listy jak na razie znajdują się James i Andy – powiedział posępnie, patrząc się w stronę chłopaków.

- Widzicie? Wzbudzaliśmy tak wielkie pożądanie, że aż Ministerstwo musi interweniować, żeby to się skończyło – oznajmił wszystkim Potter, co rozbawiło męską część zgromadzenia.

Większość kobiet jednak była strapiona tą informacją, a zwłaszcza pani Dorea. Dorcas, która początkowa zaśmiała się z żartu, uspokoiła się nieco, kiedy dostrzegła miny swoich przyjaciółek. Nie ma się co dziwić. Marlena pewnie martwi się o McKinnona, a Alicja, Lily i Mary o Jamesa. Czy sytuacja jest aż tak poważna?

Moody skrzywił się tylko i szybko przerwał ogólny dobry humor.

- Mieliście szczęście, że zdjęli Namiar w dniu ślubu Malfoya! Za dużo ludzi przewinęło się wtedy przez Londyn, w tym członków jakichś pieprzonych szlachetnych czarodziejskich rodów z innych krajów. Zapisanie ich na listę byłoby zniewagą, więc zmienili terytorium zaklęcia. Inaczej już by nas mieli. Dobra, do rzeczy – Alastor machnął ręką, dając do zrozumienia, że ma już dość gadania o takich bzdetach. – Musicie lecieć na miotłach. Longbottom!

- Tak? – odezwał się Frank.

- Masz dowództwo. Możesz sobie dobrać ekipę.

Chłopak wyszedł spomiędzy krzeseł i stanął obok Moody’ego. Pokiwał chwilę głową i uśmiechnął się szeroko. Widać było, że jest podekscytowany. Dorcas zauważyła nawet, że jest dziś nadzwyczajnie przystojny.

- Dobra, jako że lecimy do naszego rodzinnego miasta, to na pewno biorę tatę – powiedział, a pan Louis Longbottom, lekko siwy już mężczyzna siedzący w ostatnim rzędzie, uniósł zaciśniętą pięść w geście gotowości do zadania.

- Dobry wybór – podsumował Alastor.

- Ilu mam ludzi? – zapytał go chłopak.

Moody wzruszył ramionami od niechcenia.

- Trzech, oprócz ciebie. Przecież to jest misja jak dla sześciolatków. Jedyną przeszkodą powinien być Lucjusz Malfoy, no ale lepiej dmuchać na zimne.

- Ekhm – odchrząknął ktoś głośno z tłumu.

Dziewczyny odwróciły się. Była to Dorea. Świdrowała Alastora wzrokiem i uśmiechała się pogodnie, co połączone w jeden zestaw miny, wcale nie było do końca przyjemne.

- A, tak… byłbym zapomniał… Bierzesz też nowe. Meadowes i Evans.

Co?! Mnie?! TAK!!! Nareszcie!!! Doczekałyśmy się, Lily!!! Czarnowłosa spojrzała w bok, ale jej ruda koleżanka bynajmniej podzielała jej entuzjazm. Zrobiła się blada jak kartka papieru, a jej oczy urosły do rozmiaru galeonów.

- Dobra, w sumie weź pięciu. Weź pięciu, oprócz ciebie – powiedział Alastor, a podekscytowanie Meadowes pękło jak bańka mydlana.

Słucham?! Co to ma znaczyć, do jasnej cholery? Bez nas to jest misja dla sześciolatków, ale skoro my lecimy, to trzeba zwiększyć skład? Czy to jest jakaś zaplanowana szyderka, czy wyszło spontanicznie, Moody?

- Eee… – zaczął Frank. – To dobrze – powiedział, a Meadowes od razu wybiła sobie z głowy obraz „przystojnego” chłopaka. Teraz wyglądał co najmniej trzy razy gorzej. – W takim razie biorę Prewettów.

- Nie! – wrzasnął szybko Moody.

Fabian i Gideon mieli tak zawiedzione miny, że wyglądali jak dzieci, którym ktoś zabrał lizaka.

- Czemu?!

- Bo ja tak mówię! – odpowiedział Auror tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Frank podrapał się po skroni.

- W takim razie biorę… Andy’ego i Jacka! – powiedział uradowany, wskazując na dwóch McKinnonów. – Ojcu też się będzie lepiej współpra…

- Andrew nie jedzie! – uciął Moody.

Młody Longbottom spojrzał na niego jak na niedorozwiniętego.

- Czyli ja mam sobie wybrać ekipę, czy ty mi wybierzesz? – zapytał, ale nie czekał już na odpowiedź. – W takim razie Jack zostaje. No dobra, Max, pójdziesz z nami?

Marley przewróciła oczami, a Dorcas odwróciła się, żeby zobaczyć wybraną już trójkę, a swoich przyszłych współpracowników na misji. Louis Longbottom, Jack McKinnon i Max Johnson siedzieli obok siebie. Wszyscy byli już po pięćdziesiątce, natomiast Meadowes dobrze pamiętała ich z treningu w Edynburgu i wiedziała, że stać ich na wiele. Uśmiechnęła się do nich, bo wszyscy ojcowie, łącznie z Charlesem byli dla niej bardzo mili i zdążyła ich polubić.

- Weź mnie! – krzyknął nagle James Potter. – Wszyscy wiemy, że trzeba będzie kogoś dźwigać na miotle przez całą drogę spod Londynu do Doliny. Wszyscy też wiemy, że ja latam najlepiej.

- Ty odpadasz – oznajmił Moody.

- Jamesie, ty chyba nie słyszałeś, co mówił Kingsley! – powiedziała władczym tonem Dorea.

- Nie ma lepszej kandydatury – poruszył się James.

Frank chwilę wodził wzrokiem po zebranych.

- Rzeczywiście – powiedział w końcu. – Ale James, twoja noga…

Potter poderwał się z miejsca, chcąc dać wyraz swej sprawności.

- Jestem już zdrowy! Ale jeśli macie obiekcje, to w porządku. Żądam testów sprawnościowych. Jeśli ktoś wypadnie lepiej ode mnie, to pokornie oddam mu udział w tej misji. Jeśli ja będę najlepszy, to oskarżę was o działanie wbrew dobru Zakonu i powodzeniu tego przedsięwzięcia! – zawołał w bardzo poważny sposób.

Przez chwilę w sali panowała cisza.

- Potter, nie kompromituj się – mruknęła Macdonald.

- Nie kompromituję!

- Dobra, okej! Zgadzam się na to – powiedział Frank. – W takim razie przeprowadzimy test. Caradoc, Black, Potter i ja – spojrzał pytająco na Moody’ego – Pasuje ci?

Alastor, opierający się dotychczas na swej grubej lasce, chwycił ją w jedną dłoń i kiwnął wolno głową.

- Dobra, ustalone – rzekł. – Longbottom, Johnson, McKinnon, drugi Longbottom, Evans, Meadowes, Black, Potter, Dearborn. Świetnie – skwitował. – Z ostatniej trójki weź dwóch. Powinniśmy wykonać tą misję połową z tego składu. Koniec zebrania – rzucił, po czym skierował się do drzwi. – Za godzinę wszyscy, których wymieniłem zbierają się na zewnątrz. Longbottom, Lupin, Charles, na górę. Musimy uzgodnić szczegóły.

- Widzimy się o piętnastej w pięćdziesiątce! – krzyknął jeszcze przez ramię Frank, zanim zniknął w tłumie na schodach.

Dorcas podniosła się z krzesła czując nadal przyspieszone bicie swojego serca. Spojrzała na Lily. Dziewczyna wyglądała już normalnie, chociaż widać było, że też jest podekscytowana.

- Ale macie fajnie… – powiedziała do nich Marley. – Zawsze lubiłam porwania – dodała z szaleńczym uśmiechem na twarzy.

Bliźniaki Prewett otoczyli nagle Lily i Dorcas.

- Co, maluchy? Pierwsza misja?

- Już nie możemy się doczekać pana Edwarda!

- A wiecie, do kogo trafi ten zły pan?

- A wiecie, co mu zrobimy?

- Przestańcie je straszyć! – zawołał James, podchodząc nich.

Bracia zaśmiali się krótko.

- Chyba powinny wiedzieć… – zaczął Fabian.

- Bardzo dobrze, że nie wiedzą – przerwał mu Black, po czym wyprostował się jak struna, zrobił napuszoną minę i oznajmił – i nie zamierzają dłużej przebywać w towarzystwie tak karygodnie nieprofesjonalnych opiekunów naszych więźniów!

- Tak, bo to prawdziwe damy i nie mają ochoty gadać z takimi robolami, jak wy! – podłączył się James, po czym razem z Blackiem błyskawicznie i bez porozumienia rzucili się dziewczynom w stronę nóg.

Pół sekundy później przerzucili je sobie przez ramię i w akompaniamencie okropnego pisku i śmiechu rzucili się do ucieczki przed „zezłoszczonymi” Prewettami.

- CZY WY JESTEŚCIE NIENORMALNI?! – wydzierała się Lily. – POTTER, ODSTAW MNIE DO CHOLEEE-EE-EEE-RYYY! – próbowała wykrzyczeć, ale głos łamał się jej od turbulencji, związanych z szaleńczym biegiem chłopaków po schodach.

- Maluchy, trzymajcie się! – krzyczał jeden z bliźniaków, próbując gonić porywaczy. – Tata zaraz was uratuje!

- Protego! – krzyknął Syriusz przez ramię, a bracia odbili się od błękitnej tarczy i wylądowali na drewnianej podłodze półpiętra.

- Black, ty skurwielu!!!

I z czego rżycie jak jakieś zwierzęta?! To wcale nie jest takie… AŁA!!! Takie fajne, jak wam się wydaje! Byliśmy na pieprzonym szóstym piętrze! Black, tylko nie próbuj z tego skakać… AAAA!!! Zabiję go, obiecuję, że na dole zabiję drania! Poza tym jestem niezmiernie wdzięczna, że dbasz o moją stabilność Syriuszu, ale czy koniecznie musisz cały czas trzymać mnie za tyłek?

Kiedy dotarli na parter chłopcy odstawili Dorcas i Lily na podłogę. Meadowes spojrzała na przyjaciółkę. Była prawie tak zielona, jak jej oczy. Moment, w którym ich wzrok się spotkał, był iskierką zapalną. Zaczęły się wydzierać w tej samej sekundzie.

- POJEBAŁO WAS?!

- TO POWINNO BYĆ KARALNE!

- PADŁO WAM NA TE PUSTE ŁBY!!!

- MOGŁEŚ MI ZŁAMAĆ ŻEBRA!

- LEDWO PRZEŻYŁAM!

- NIENAWIDZĘ WAS!

I co się tak cieszysz, jeden z drugim? Już ja wam dam za te idiotyczne żarty!

Meadowes poczuła, że nie zdoła już dłużej patrzeć na kpiący uśmiech na twarzy Syriusza Blacka. Wzięła spory zamach i uderzyła go najwyżej, gdzie sięgała swoim zabójczym prawym prostym.

- AŁA!!! Kurwa!

Chłopak nawet nie drgnął, a jego klatka piersiowa była twarda jak kamień.

Na sto procent mam złamane palce! Nawet nie będę mogła trzymać różdżki. Meadowes, ty to jednak czasem jesteś głupia jak cegła…

Huncwoci wyglądali, jakby nigdy nie mieli przestać rechotać. Nawet Lily uśmiechnęła się głupkowato, próbując powstrzymać napad śmiechu, co wcale nie polepszyło nastroju Dorcas.

- Piękna, nie denerwuj się… – z trudem wypowiedział Black.

- Zamknij się.

Dorcas już chciała odwrócić się na pięcie i pognać na górę do pokoju, ale uzmysłowiła sobie, że nie będzie przecież robić afery i strzelać fochów. Spojrzała na Syriusza, który już próbował się opanować, roześmianą Lily i kulącego się na podłodze Jamesa, po czym również wybuchła śmiechem. Chwilę później Potter wstał, przeczesał włosy, poprawił okulary i przyjrzał się Dorcas uważnie.

- Lepiej nie robić sobie krzywdy przed misją – powiedział. – Kiedyś miałem podczas akcji niedowład kończyn dolnych. Nie skończyło się to dobrze.

- Tak? – zapytała zaciekawiona Evans. – Co się stało?

James wyglądał, jakby właśnie czekał na takie pytanie i zainteresowanie z którejś strony.

- Kiedyś, ja wiem, może ze dwa lata temu… – zaczął.

- Nie, no nie opowiadaj tego! Ja to znam! – przerwał mu Black z takim wyrazem twarzy, jakby rzeczywiście słyszał już tą historię sto razy.

Dorcas jednak też była ciekawa misji, które James przeżył jako Auror, zwłaszcza, że za dwa dni sama miała na jedną akcję wyruszyć. Machnęła więc ręką na Syriusza.

- Opowiedz! Ja też chętnie posłucham.

James uśmiechnął się szeroko i nie zwracając kompletnie uwagi na protest przyjaciela, wziął głęboki wdech i rozpoczął opowiadanie.

- Otóż było to jakieś dwa… no, może półtorej roku temu. Siedzieliśmy sobie spokojnie w Biurze Aurorów, jak gdyby nigdy nic… Grałem akurat z Andym w gargulki, kiedy nagle wpada Moody i wrzeszczy, że mamy się zbierać na akcję. Wyczaił wtedy, gdzie znajduje się pewna wiedźma, która zarabiała na wróżeniu i sprzedawaniu jakichś marnych eliksirów mugolom. Ona miała już grubo ponad siedemdziesiąt lat, ale ciągle udawało jej się działać w taki sposób, że nie mogliśmy jej namierzyć…

Meadowes dostrzegała kątem oka zafascynowaną Lily. Dziewczyna dostała różowych wypieków na policzkach i była totalnie zapatrzona w chłopaka. Ten, gestykulując żwawo, skupiał całą uwagę na sobie, ale nawet mimo to czarnowłosa czuła na sobie czyjś wzrok. Ach, czyli tak lubisz się bawić? Uważaj, żebyś się nie przeliczył. Ty wymyślisz grę, a ja zagram w nią lepiej niż ty. Jestem bardzo elastyczna. Meadowes mrugnęła powoli i odwróciła wzrok w swoją lewą stronę. Przez sekundę patrzyła w piękne, czyste, błękitne tęczówki należące do Blacka. Chłopak uśmiechnął się minimalnie i urwał ten kontakt. Obydwoje znów spojrzeli na Jamesa, który pomimo tylko jednej uważnej słuchaczki kompletnie nie wypadł z roli.

- Więc wiecie, mnie ustawił w tym samochodzie, podobno jak na mugolskie standardy, to najlepszym na rynku. W galeonach nie wyniosło nas dużo, więc je kupiliśmy. Ja siedziałem na tym fotelu, Frank na ławce za kamienicą, obok piaskownicy dla dzieci, bliźniaki weszli do sklepu przy drodze, a Marlena z nas wszystkich miała najgorzej. Andy ustawił ją na gałęzi takiego wielkiego drzewa, bo ja wiem, z pięciometrowego! Miało dosyć rozłożystą koronę, więc Marley bez problemu się tam zmieściła. To znaczy, nie żeby tam specjalnie zabierać ze sobą drzewo, żeby ukryć Marlenę… No, ale ogólnie wszyscy widzieliśmy McKinnona, a tylko on widział każdego z nas i drzwi kamienicy. Miał dać nam znak, machając ręką. Oczywiście wszyscy myśleliśmy, że będzie to szybka misja… Siedziałem na tym pieprzonym fotelu z różdżką w pogotowiu przez sześć najdłuższych godzin mojego życia. W pewnym momencie zacząłem liczyć, ile razy Prewettowie wyszli i weszli z powrotem do tego sklepu budowlanego. Kiedy doliczyłem siedemdziesiąt osiem, nagle coś się poruszyło. Andy, który miał tylko machnąć ręką, zaczął się zachowywać jak ocalony na bezludnej wyspie, który chce, żeby go zauważono. Wykonywał jakieś przysiady, skoki, robił dziwne i miny i właśnie w tym momencie zauważyłem, że babcia minęła już mój samochód! Mieliśmy zaplanowane jakieś dwadzieścia sekund na reakcję, ale McKinnon akurat wtedy mrugnął! Nie wiem, co się tam stało, ale jej nie zauważył i dał nam znać dopiero wtedy, kiedy babcia człapała już po ruchliwym chodniku w stronę skrzyżowania. Ale oczywiście każdy z nas był przygotowany na niesprzyjające okoliczności. Otworzyłem drzwiczki i położyłem stopę na ziemi. I wyobraźcie sobie, że miałem tak zdrętwiałe nogi, że nie mogłem na nich stanąć! Biedna Marley była tak wykończona czatowaniem na gałęzi, że spadła z niej finalnie na trawę. Franka w ogóle nie zauważyłem, ale domyślam się, że miał podobny problem do mnie po siedzeniu na ławce. Kiedy Fabian z Gideonem wybiegli ze sklepu, myślałem, że padnę ze śmiechu. Biegli tempem żółwi. Z resztą chwilę później dogoniliśmy ich z Marleną, ale przysięgam wam, że musieliśmy wyglądać jak jakaś kolonia niepełnosprawnych. Ale wiedźma, przy pomocy tej swojej laski szła na szczęście jeszcze wolniej. Kiedy zostało nam jakieś pięć metrów, już prawie ją mieliśmy, podnieśliśmy różdżki, a ona… deportowała się. Normalnie wzięła i się deportowała! – krzyknął zaaferowany. – Moody nic nam nie wspominał o tym, że ona ma licencję. Z resztą później okazało się, że jej nie miała. Deportowała się nielegalnie, ale wtedy nie prowadziliśmy jeszcze żadnych rejestrów. Kiedy wróciliśmy do Biura, myślałem, że Moody nas rozszarpie. Serio. Jeszcze nigdy tak otwarcie nie zrąbaliśmy akcji. Cóż, tą czarownicę złapaliśmy kilka dni później w Indonezji. Okazało się nawet, że nie potrafiła wróżyć. Od biednych mugoli za to za jedną wróżbę czy eliksir kasowała po trzydzieści funtów. Nie pamiętam, ile to było w galcach, ale nie wychodziło specjalnie dużo.

- I teraz już widzicie – wtrącił się Syriusz. – Jakimi groźnymi przestępcami zajmują się nasi obrońcy, Aurorzy!

Dorcas wybuchła śmiechem, ale Lily zganiła go wzrokiem.

- Ta kobieta łamała Kodeks Tajności! – obruszyła się.

Pottera jednak też rozbawił żart przyjaciela, a jeszcze bardziej naburmuszona Evans.

- Marlena chyba od tamtej pory nie wróciła do pełnej sprawności, co? – zaśmiała się Meadowes.

- Wyklinała Andy’ego przez tydzień!

Podczas opowiadań Jamesa przenieśli się na taras, gdzie usiedli na wielkich, rozkładanych fotelach. James usadowił się na jednym z Lily, po czym bezceremonialnie objął ją ramieniem. Louis, Max i Jack stali już na trawie w ogrodzie, omawiając z Charlesem najnowszy model wykonanej przez niego miotły. Oglądali go z czułością, niemal z czcią. Dorcas uśmiechnęła się na wspomnienie swojej Komety, zakupionej w Markowym Sprzęcie do Quidditcha, prowadzonym niegdyś przez pana Pottera. Nim znów skupiła uwagę na rozmówcach okazało się, że James opowiadał już kolejną historię.

- Więc powiedziałem: weźmy rekrutów! To wydawało się banalne, a ja myślałem, że damy genialny pokaz swoich umiejętności. Podzieliliśmy się na grupy, Marley dowodziła. Miała w swojej grupie Franka i pięciu uczniów z kursu. Ja miałem czterech, w tym Alicję. Rozstawiła nas w strategicznych punktach wjazdu do miasta, ja co chwilę się przechwalałem i wymądrzałem, a rekruci patrzyli się na mnie jak w obrazek i słuchali z zapartym tchem!

- Niektórym nadal tak zostało – rzucił Black, ale Potter nie zwrócił uwagi na tą złośliwość.

- Atak olbrzymów na miasto jest o tyle niebezpieczny, że one są durne i niszczą bardzo wiele budynków. Później musimy modyfikować pamięć mieszkańcom, wmawiać że to klęska żywiołowa, jakiś huragan, czy coś. Czasem się zdarzy, że przywódca potrafi mówić, w niektórych przypadkach nawet po angielsku. Tu natomiast miały być dwa, sądziliśmy zatem, że pójdzie łatwo. Czekając, moja grupa patrzyła na grupę Marleny. Nie widzieliśmy ani grupy Andy’ego, ani Franka. Prewettowie nie dostali rekrutów, domyślacie się dlaczego? – zaśmiał się. – Kiedy czekaliśmy, opowiadałem wszystkim, że ważna jest współpraca, ale najważniejsze jest słuchanie rozkazów dowódcy. Jeśli wszyscy słuchają rozkazów, misja nie może nie wyjść w tym lub innym stopniu. Nagle zaczęły nas dochodzić głośne, regularne huki. Wiedzieliśmy, że to chód olbrzymów, ale coś było nie tak. Były zbyt częste. Kiedy wyłoniły się zza ściany lasu, okazało się, że nie było ich dwóch. Nawet nie było ich trzech. Tych olbrzymów było co najmniej dwadzieścia. Moi rekruci zaniemówili, w sumie nawet mi zabrakło języka w gębie. Spojrzałem niepewnie na Marlenę, a ona zaczęła się powoli wycofywać. Nie zdziwiło mnie to, sam też bym to zrobił. Powiedziałem grupie, że odwracamy, bo taki jest sygnał od dowódcy i wzywamy posiłki. Widziałem już ulgę, malującą się na ich twarzach, kiedy nagle zza roku bloku mieszkalnego wybiegł kto? Bliźniaki! Biegli przez drogę, tylko z różdżkami w rękach. Drąc się wniebogłosy, pruli bezpośrednio na zgraję olbrzymów. Wtedy nie było już odwrotu. Wszystkie grupy ruszyły za nimi, chociaż było to głupie i heroiczne. Nigdy nie zapomnę tego przerażenia w oczach moich rekrutów! Cha, cha! Faktem jest, że wszyscy ruszyliśmy za sobą… Nie wiem, jakby się to skończyło, gdybyśmy tak nie zrobili. Wyłapaliśmy je co do ostatniego, także po pięciu godzinach zostali odesłani do swoich naturalnych środowisk. No, Prewettom się dostało od nas… ale Moody był zadowolony. Jego nigdy tak do końca nie obchodziły metody.

Dorcas bardzo przyjemnie się słuchało o tych misjach, zwłaszcza że brali w nich udział jej znajomi. Wyobrażała sobie walczącą z olbrzymami Marley, albo dzikich bliźniaków. Była pod wrażeniem, że tyle przeżyli. Niby różniło ich tylko kilka lat. Było to kilka dorosłych lat, które były jeszcze przed nią, a które czyniły z byłych Aurorów bardzo doświadczonych wojowników.

- Czyli może być tak… – zaczęła niepewnie Lilka. – Że nasza jutrzejsza misja po prostu nie wyjdzie? Że coś nawali i… no nie wiem…

- Nic się nie stanie – odpowiedział jej Syriusz. – Będziesz miała koło siebie dobrych ludzi. Poza tym, czym ty się przejmujesz? Malfoyem? Nie rozśmieszaj mnie, skarbie.

Dorcas zdziwiły te słowa. Spojrzała szybko na Lily. Ta też miała niezbyt pewny wyraz twarzy. Z tego co słyszały, Lucjusz Malfoy był nie tylko jednym z najbardziej wpływowych, ale też jednym z najniebezpieczniejszych Śmierciożerców. Czas zweryfikuje, czy to nie są puste przechwałki, Black.

- Jaki odsetek misji wam nie wyszedł? – spytała zaciekawiona Dorcas, patrząc na Jamesa.

Chłopak poprawił okulary, zsuwające mu się z nosa i zastanowił się przez chwilę.

- Bo ja wiem… Nie wyszło nam kilka. Może z dziesięć okazało się totalną klapą.

- A ile wykonałeś misji jako Auror? – dociekała Evans.

- Około pięciuset.

Wow. To jest dopiero coś. A tobie się, Meadowes, wydawało, że jesteś magicznym kozakiem. Chyba czas nabrać trochę pokory. Nie doceniałam Zakonu Feniksa.

Czarnowłosa spojrzała na przyjaciółkę. Ta również była pod wrażeniem. Nie było im jednak dane posłuchać o kolejnych przygodach Aurorów, gdyż z ogródka dobiegł ich głos pana Charlesa.

- Hej, wy! Jimmy, Syriusz, dziewczyny! Chodźcie, zaraz przyjdzie Moody.

Wszyscy bez namysłu podnieśli się z foteli i ruszyli w kierunku mężczyzn. Dorcas spojrzała na piękną, czarną miotłę, którą aktualnie trzymał pan Louis i poczuła delikatny stres.

Zaczyna się.

***

Wieczór przyszedł szybko i niespodziewanie. Dzień był bardzo intensywny i obfitujący w nowe przeżycia. Dorcas, za namową Marleny, była już po umownej lampce wina „na odstresowanie” i zmierzała właśnie po schodach w kierunku pokoju bliźniaków. Testy poszły jej świetnie i była przez to w bardzo dobrym humorze.

Kiedy dotarła do drzwi, zapukała cicho. Otworzył jej Fabian. Miał na sobie tylko spodenki. Dorcas mimowolnie zawiesiła wzrok na szerokiej klatce piersiowej, opatrzonej wielkim tatuażem hipogryfa.

- Cześć, Czarna – przywitał ją.

- Cześć – powiedziała, z trudem odlepiając wzrok od jego torsu.

- Zapraszamy, zapraszamy!

Meadowes przestąpiła próg ich pokoju i jak zwykle uderzył ją porządek, tak bardzo niepasujący do usposobienia Prewettów. Rzeczy były złożone w kostkę i ułożone na szafce, a buty stały w parach obok kredensu, na którym nie było ani jednego przedmiotu oprócz lampy naftowej. Tylko ona oświetlała pokój, więc wieczorami panował tu półmrok. Oprócz tego było tu tylko łóżko piętrowe. Dorcas podejrzewała, że jest to najmniejsze pomieszczenie w całej Kwaterze.

Podeszła do kanciastego, twardego fotela, na którym siedział Gideon i uśmiechnęła się do niego. Ten podniósł ją i wrzucił sobie na kolana. Dziewczyna usadowiła się wygodnie, był bowiem w porównaniu do niej tak wielki, że mogłaby mu na jednym kolanie siedzieć nawet po turecku. Złapała go za brodę i pociągnęła lekko do siebie.

- Zgadnij, kto wypadł najlepiej – powiedziała.

- Byłem pewny, że ty. Zajebiście latasz.

- Dziękuję – odpowiedziała, kokietując go trochę.

Gideon masywnymi dłońmi przysunął ją bliżej siebie, a Dorcas poczuła, jak robi jej się gorąco. W tym samym momencie trzasnęły drzwi, a chłopak uśmiechnął się zawadiacko. Meadowes uzmysłowiła sobie, że jego brat właśnie wyszedł, ale nie zastanawiała się nad tym specjalnie. Wino, które wypiły z dziewczynami uderzyło jej już nieco do głowy. Teraz nie obchodziło  już nic, z wyjątkiem chwili, która trwała. Dotknęła jedną dłonią wielkiego tatuażu Chińskiego Ogniomiota, który widniał na klacie tego z braci, a drugą założyła mu za szyję.

- Kto jeszcze leci? Dearborn? – zapytał zaciekawiony Gideon.

- Nie. Potter.

- Stresujesz się misją?

- Aktualnie nie – odpowiedziała krótko Meadowes, przekładając nogę tak, żeby usiąść na nim okrakiem i przysuwając się trochę bliżej.

Merlinie, jak on genialnie pachnie. Tak totalnie… męsko.

- Może się czegoś napijesz? – zaproponował. – Mam Ognistą i wódkę.

Dorcas zaśmiała się dźwięcznie i pięknie, nie chcąc sprawić, by Gideon przestał się patrzeć na nią w sposób, w jaki się patrzył. Potrząsnęła tylko głową i poczuła, jak jego szorstkie palce zaczynają sunąć pod bluzką po jej plecach. W pewnym momencie mocnym szarpnięciem przycisnął ją do siebie i wpił swymi wargami w jej miękkie usta. Dorcas objęła go rękoma i odwzajemniła gorący pocałunek. Ostry zarost ocierał się o jej delikatną skórę, ale podobało jej się to. W pewnym momencie poczuła, jak jego dłonie zaciskają się na jej pośladkach, a ona sama przycisnęła go do oparcia fotela jeszcze mocniej. Gideon jednak po chwili oderwał swoje usta od jej ust. Szybkim, sprawnym ruchem zdjął jej bluzkę i gdzieś rzucił, ale Meadowes nie obchodziło wtedy kompletnie, co się z nią stało.

Prewett był urzeczywistnieniem jej życzenia o niegrzecznym chłopaku. Miał niedbałą brodę, dużo tatuaży, był bardzo umięśniony i silny, a poza tym nie cackał się z nią jak z jajkiem. Obydwoje mieli na siebie w tym momencie dużą ochotę, a dodatkowo Dorcas miała pewność, że nie będzie to typ, który zacznie od teraz wyczekiwać z kwiatami pod jej oknem. Znów zaczęła go całować bardzo gwałtownie i zaborczo, a Gideon rozpiął guzik jej dżinsów. Wśród krótkich, mało romantycznych westchnień dało się słyszeć cichy jęk pożądania.

- Dorcas?!

Dziewczyna ze strachu zeskoczyła z Prewetta i momentalnie wycelowała różdżkę w bezczelną osobę, która wtargnęła nagle do pokoju.

Evans, ja cię uduszę.

- Co ty tu jeszcze robisz? – oburzyła się Lily, która była już w szlafroku. – Nie pamiętasz, co mówiła Marlena? – zawołała, po czym nie zwracając uwagi na półnagich obecnych, wtargnęła do środka, zgarnęła z podłogi czarny t-shirt Dorcas i rzuciła nim w dziewczynę. – O dziesiątej miałyśmy już spać! Szukam cię od… długo już! Teraz na pewno się nie wyśpimy – skwitowała, po czym skrzyżowała ręce na piersiach i stanęła, wpatrując się intensywnie w Dorcas i czekając aż przyjaciółka się ubierze.

Gideon zawył niekontrolowanym śmiechem, a Meadowes spłonęła wielkim rumieńcem. Posłusznie wciągnęła koszulkę wiedząc już, że jej jedyną opcją na bliską przyszłość jest poczłapanie za Lily na drugie piętro do swojego pokoju i położenie się spać. Kiedy była już kompletnie ubrana, odwróciła się w stronę Prewetta. Chłopak podszedł do niej i pocałował krótko, przygryzając jej dolną wargę.

- Szkoda – powiedział na pożegnanie.

Dorcas uśmiechnęła się przepraszająco i wyszła za Lily z pokoju nr 3. Kiedy weszły na schody, zaczęła udawać, że chwyta rudowłosą za szyję.

- Zatłukę cię, wiedźmo jedna! – szepnęła.

Lily puściła jednak tą groźbę mimo uszu.

- Jutro rano mi za to podziękujesz! Ty jesteś kompletnie niepoważna! Marley wyraźnie mówiła, że jedna lampka wina, a ty oczywiście wypiłaś trzy… Mówiła, że o dziesiątej mamy się położyć, a ty co? Szwendasz się gdzieś po domu, a ja muszę cię szukać!

Zanim jednak Evans skończyła prawić swoje kazanie, Dorcas leżała już w łóżku, rozbawiona tą całą sytuacją. Kiedy zgasło światło, nie myślała o Gideonie, ale o jutrzejszej pierwszej misji wykonywanej przez nią dla Zakonu Feniksa. Zastanawiając się, jak lata się w trasie na specjalnych, ręcznie wykonywanych miotłach, jak to wszystko będzie i jak wygląda Chelmsford, Meadowes odpłynęła w objęcia Morfeusza.

  9 comments for “9. DORCAS: Moja kolej

  1. ~Loona
    21 maja 2017 o 21:59

    WRESZCIE NOTKA!! Dobrze było tu wrócić :D Rozdziały Dorcas mnie zaskakują coraz bardziej. Chyba najmniej wiadomo o tej postaci i widać dużą różnice pomiędzy Dorcas a Lily, co mi się podoba. Evans się dużo więcej przejmuje prawda? Choć Dorcas też przeżywa i ma lekką treme :) . Co do całej misji to ja sama jestem w szoku ! Porwanie wśród Zakonu. Od początku wiedziałam że jest to zupełnie inna organizacja niż w HP, mam nadzieję że jednak bracia Prewet się zlitują nad porwanym :D ! O ile oczywiście się uda!! Uśmiałam się przy ucieczce z Huncwotami. Misje autorów MEGA :D A końcówka… ciekawa.. Przyznam się szczerze że uwielbiam takie gorące momenty.. ciekawe co będzie jak Syriusz się dowie! :D
    Pozdrawiam i czekam z niecierpliwością na kolejnu rozdział i misję!! ❤

    • ~Furia
      22 maja 2017 o 13:27

      Dziękuję za komentarz! Misja wydaje się prosta. Więcej na temat przygotowań do niej pojawi się w rozdziale Lily :) Ciekawe, czy Syriusza to w ogóle na razie obchodzi… :D
      Pozdrawiam!

  2. ~I love Sirius Black
    21 maja 2017 o 22:40

    Doczekałam się!!! Notka super ❤ ciekawa jestem, jak będzie wyglądać taka misja. Moody rzeczywiście trochę przesadził, ale Dor chyba nie miała żalu zbyt długo. Mam nadzieję, że dziewczyny dadzą radę, w końcu to pierwszy raz, gdzie mogą się wykazać. Bardzo ucieszyło mnie to, że James wygrał testy i że jest już zdrowy. Podczas swojego żądania był niesamowicie słodki! Nie mogłam się opanować ze śmiechu przy zbieganiu po schodach. Opowieści o pracy aurorów świetne, fajnie byłoby poczytać o jeszcze innych wspomnieniach z tego okresu. Czyżby Syriusz naprawdę uważał, że Lucjusz nie sprawia zagrożenia? A teraz najważniejsze… TO, CO WYDARZYŁO SIĘ W POKOJU BLIŹNIAKÓW jest opisane fenomenalnie! Aczkolwiek ja w tej roli widzę tylko Syriusza… ❤❤❤❤❤ Może kiedyś się doczekam… A Lily to najbardziej brutalny policjant domowy jakiego wszyscy widzieli na oczy xdd a na koniec zapytam, czy teraz rozdziały będą pojawiać się regularnie? Pozdrawiam!

    • ~Furia
      22 maja 2017 o 13:46

      Bardzo dziękuję ❤ O Aurorach będzie się pojawiać od czasu do czasu – w końcu to parę lat życia większości naszych drugoplanowych bohaterów :) Co do Syriusza i Lucjusza, to więcej na ten temat będzie można znaleźć tylko w jego rozdziałach… Natomiast wszyscy wiedzą, co oznacza pewność siebie Huncwotów! :D
      Niestety planujemy jeszcze jedną przerwę, ze względu na sesję Dramy. Rozdział nie pojawi się 9 czerwca. Reszta bez zmian. ;)
      Pozdrawiam serdecznie ❤

  3. ~A.
    22 maja 2017 o 23:52

    Dziewczęta w końcu dostały jakąś misje!! Kurde…znając życie nie będzie taka super prosta jak miała być. :)
    …bezceremonialnie objął ją ramieniem. Moja ukochana Jily… <3 Już czuję to, że niedługo między nimi jeszcze bardziej zaiskrzy (a potem pojawi się mały Harry)
    Oj ta Lily ma wyczucie czasu. A Gideonowi i Dorcas już tak dobrze szło. Oczywiście jestem w team Syriusz, ale ich znajomość nie zaszła jeszcze tak daleko, abym płakała, kiedy Dorcas całuje się z jakimś innym mężczyzną. :)
    Okropnie się cieszę, że dodalyscie notke, bo nie mogłam się doczekać. Dosłownie!! Wpadłam już w jakąś depresje, byłam na odwyku (na żadnym z moich blogów nie widziałam notki)' Więc życie mi ratujecie.
    Notka 9 czerwca? Dzień przed moimi urodzinami. Będę miała fajny prezent

    • ~Furia
      23 maja 2017 o 00:34

      Dziękuję za cierpliwość! ❤ Wątek miłosny Jamesa i Lily jest baaardzo dokładnie zaplanowany (z resztą jak już cała historia), także ostrzegam, że to wszystko się tak gładko nie potoczy! :D Ale nie może być nudno. Zwłaszcza, że przecież Potter ma już 25 lat… Właśnie niestety 9 czerwca notka się nie pojawi! Ale tylko wtedy. Reszta bez zmian, każdy piątek. Zbliżają się wakacje, więc będziemy miały więcej czasu na pisanie.
      Pozdrawiam serdecznie ❤

  4. 26 maja 2017 o 20:20

    Witam i dziękuję. Z chęcią będę czytać twojego bloga. Bardzo mi się spodobał jak i zaciekawił. Oj i wątek miłosny Jamsa i Lily. Uwielbiam tę parę.
    Przepraszam że tak mało i życzę ci weny

    • ~Furia
      27 maja 2017 o 16:41

      Dziękuję i pozdrawiam:)

  5. 29 maja 2017 o 17:45

    Nie wiem gdzie mogłabym poiformować cię o nowym rozdziale więc przepraszam że pod rozdziałem

    ,,Nie tylko nie to. Śnieżno biały kubek, który jeszcze przed chwilą znajdował się w mojej dłoni rozbił się na drobne kawałeczki uderzając z hukiem o drewnianą podłogę domu, jaki właśnie planowałam kupić. Był on piętrowy. Na górze znajdowały się dwie sypialnie plus łazienka natomiast na dole była kuchnia, jadalnia oraz dużych rozmiarów salon. Już widziałam siebie siedzącą na kanapie przy rozpalonym kominku z dobrą lekturą. Przesłyszałam się. Niespodziewany piekący ból ścisnął moje serce. Powietrze zatrzymało się w płucach pierwszy raz sprawiając ból podczas oddychania. Na ziemię zaczęły stopniowo uderzać krople. Lily stojąca właśnie przede mną przyglądała się mi uważnie. W dłoniach trzymała swój kubek. Delikatnie opuściłam wzrok patrząc na stłuczone szkło. Widząc wyciągnięta rękę przyjaciółki pierwszy raz odchyliłam się unikając jej dotyku. Jej prośba zdawała się być dla mnie nie realna. Kolejny koszmar, z którego zaraz powinnam się obudzić. Boleśnie uszczypałam się w policzek pozostawiając na nim czerwony ślad. Kurwa to nie sen! Oddaliłam się od dziewczyny, która chciała do nie podejść.”

    Serdecznie zapraszam na
    Miniaturka 01: „Ptasia klatka cz.1” :Miniaturka 01

    http://hogwart-you-can-find-my-world.blogspot.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.